środa, 24 kwietnia 2013

Ostatnie dni 42 edycji Karnawału Blogowego RPG

Przypominam, że powoli zbliża się koniec kwietnia. Jest jeszcze trochę czasu by wziąć udział w tej edycji. Na chwilę obecną pojawiło się 15 wpisów, które zebrane można przeczytać tutaj. Zapraszam wszystkich do wzięcia udziału ;-)

czwartek, 4 kwietnia 2013

Karnawał Blogowy #42 - koszmar Krzemienia

Miałem w życiu okazję uczestniczyć w wielu sesjach, niektóre były rewelacyjne, inne słabe z różnych powodów. Nie dalej jak 3 lata temu miałem jednak okazję wziąć udział w sesji, którą do dzisiaj uważam za najgorszą w życiu. Często opowiadam o niej w formie anegdoty RPGowej przez co niektórzy mogli ją już słyszeć. Dla tych, którzy nie mieli okazji:

Przez forum polter.pl trafiłem na gościa, który miał poprowadzić „epicką” kampanię D&D – tak przynajmniej wynikało z ogłoszenia. Pamiętam, że była tam obietnica bogatej fabularnie kampanii rozłożonej na poziomy 1-20 i więcej. Napisałem do owego MG na GG by zobaczyć co to za kampania i czy są jeszcze wolne miejsca. Miejsca oczywiście były i to dużo, bo o dziwo, ogłoszenie nie cieszyło się zbyt wielką popularnością. Już podczas rozmowy na GG coś mi mówiło, że będzie zabawnie, bo MG stwierdził, że kampania będzie „niekanoniczna ze światem Forgotten Realms”, co było przez niego rozumiane tak, że nie będzie się pokrywała z fabułą Neverwinter Nights 1&2. Rozumiem, że niektórzy uznają wydarzenia z gier typu Baldur’s Gate za kanoniczne, ale ten MG najwyraźniej całą swoją wiedzę o D&D opierał na wspomnianych dwóch grach.

Zapytany o sposób ustalania wartości atrybutów MG powiedział, że reszta drużyny wchodzi mu na głowę o potężne postacie(na 1 poziomie) i żebym sobie wziął same 18 na atrybuty. W zasadzie dał mi wolną rękę w tworzeniu postaci pozwalając na absolutnie wszystko. Jako że miałem jeszcze nadzieje, że to żart zrobiłem sobie postać ludzkiego łotra rozdzielając 32 punkty(co wydawało mi się wysokim point buyem) i poszedłem na sesję. Wziąłem jeszcze figurkę dla mojej postaci bo MG uparł się, że jest konieczna.

Sesja miała się odbyć na patio jednej z łódzkich uczelni, miejsce dość przyjemne gdyż wyposażone w stoliki i trochę na uboczu. MG spotkałem przed wejściem i zaprowadził mnie na miejsce gdzie siedzieli już pozostali gracze. Resztę drużyny można by określić jednym słowem: „nerdy”. Nie jestem skory do śmiania się z czyjegoś wyglądu bo sam nie jestem Banderasem, ale ich ogólna aparycja była przytłaczająca. Wszyscy mieli około 21-23 lat. Cała grupa - 3 osoby zachowywała się jakby rodzice hodowali ich pod schodami w ciemnościach z pająkami. Przez chwilę miałem wrażenie, że są w jakiś sposób niepełnosprawni umysłowo, gdyż ich zachowanie było iście przerażające. Wszyscy trzej uznawali głośne smarkanie i szczerzenie się do przechodzących dziewczyn za doskonały podryw. Zanim ich spotkałem byłem pewien, że pojęcie „ślinić się czyjś widok” jest tylko artystyczną przenośnią. Niestety w ich przypadku było to idealne sformułowanie opisujące ich reakcje na widok przechodzących studentek, które szybko uciekały widząc nasz stolik. Mam wrażenie, że moi współgracze nie wychodzili zbyt często z domu, lub robili to tylko po zmroku. Najwidoczniej wszyscy się doskonale znali, gdyż nadawali na tych samych falach i rechotali głośno ze swoich żartów i prób podrywu. Mimo pierwszego wrażenia postanowiłem dać im szansę, wierząc, że pod tą skorupą prostactwa kryją się normalni ludzie. Niestety byłem w błędzie.

Na szczególną uwagę zasługują postacie mojej drużyny:
- Wampir zabójca wampirów – zrobiony ze złamaniem wszystkich możliwych zasad D&D. Pierwszo poziomowa postać mająca wszystkie cechy wampira z D&D łącznie z przechodzeniem przez ściany w formie mgły. Oczywiście nie miał normalnych wampirzych słabości bo MG uznał, że byłoby to nie fair. Nie wiem nawet czy robili tą postać patrząc na mechanikę czy tylko wpisali cyferki na kartę według własnego widzimisię.
- Krwawy Elf mag – tak, Krwawy Elf wyrwany z korzeniami z Azeroth i przeniesiony jakimś cudem do Faerunu. Podobnie jak wampir zrobiony był z totalnym olaniem zasad. Czarował, walczył, leczył i jakby tego było mało miał Chowańca. Nie zwykłego Chowańca jak czarodziej lecz feniksa. W tym miejscu muszę wyjaśnić, że feniks w D&D to stwór o skali wyzwania 24 posiadający atak zadający 40k6 obrażeń oraz 150 punktów życia.

Miała z nami grać jeszcze jedna dziewczyna, koleżanka MG, ale gdy zobaczyła jak to wygląda to poszła na zajęcia, z których zwiała by przyjść na sesję. Wcale, a wcale nie dziwie się, że wybrała zajęcia. Ja nie miałem tyle szczęścia by mieć gdzie uciec. Tak na marginesie dodam, że owa graczka miała grać wiedźminką...

Zaczęła się sesja. MG tonem będącym parodią strasznych narratorów z horrorów klasy B zaczął wygłaszać jakiś wstęp, przez który przewinęło się z 30 postaci i miejsc, o których nikt z nas nic nie wiedział. Domyślam się, że były to fakty znane fanatycznym graczom w NWN bo MG uznawał, że skoro znamy FR to musimy znać i to. Po 10 minutach nawijania przerwałem mu brutalnie i poprosiłem żeby przeszedł do rzeczy a resztę załapiemy później. Pozostali gracze ochoczo mi przytaknęli gdyż mimo nieukrywanej sympatii do MG, widać było, że też nie mają pojęcia o czym on mówi.

Sam scenariusz był chyba oparty na Trials of the Luremaster, dodatku do Icewind Dale. Zostaliśmy zwabieni do labiryntu i poddawani próbom przez tajemniczego oprawcę. Poruszaliśmy się po mapie układanej z dungeon tiles i penetrowaliśmy kolejne pomieszczenia. W każdej komnacie rzucaliśmy na Spostrzegawczość, nieudany test oznaczał, że np nie widzimy krzeseł, albo mebli które tam są, albo wielkiego potwora na środku danej komnaty. Na moje pytanie czy w komnatach jest ciemno, że musimy testować Spostrzegawczość, MG odparł, że nie, ale tak sobie napisał w przygodzie. W jednym miejscu splewiliśmy testy i przez to nie znaleźliśmy regału z bronią, w którą mieliśmy się uzbroić. Ten sam regał stał później w każdej komnacie przed nami i czekał aż go wypatrzymy. Trudno powiedzieć po co nam była ta broń gdyż nasz mag i jego feniks zabijali wszystko na naszej drodze. Łotrzyk, którym grałem próbował być czasami użyteczny, ale niestety nie mógł się równać z wampirem i najczęściej tylko robił sztuczny tłok na mapie. Przeszliśmy przez ten loch jak burza w akompaniamencie śliniących i śmiejących się jak debile graczy, którzy podczas gry zachowywali się jeszcze gorzej niż przed. Wokół naszego stolika zrobiło się pusto, a ja jedyne co mogłem robić to udawać, że jestem tam przypadkiem. Musiało to wyglądać z boku naprawdę tragicznie bo jacyś goście obok dyskutowali przez chwilę cicho o nas, ale dało się słyszeć, że mi współczuli. Na koniec przygody Wielki Zły, przed którym po przejściu lochu stanęliśmy, powiedział, że nas wypuści, ale musimy obiecać, że zabijemy dla niego Elminstera. Oczywiście był świadom, że jesteśmy jeszcze zbyt słabi gdyż przez ten loch, który skończyliśmy w 3 godziny, zdobyliśmy „tylko” 4 poziomy. Na szczęście powiedział nam gdzie mamy iść expić żeby móc wypełnić nasze zadanie. Szybko obiecałem co trzeba, reszta też i sesja się zakończyła. Po sesji szybko się ulotniłem. 


MG przez dobry tydzień usilnie zapraszał mnie na kolejną sesję i chciał koniecznie pożyczyć Księgę Plugawego Mroku by "podnieść swój warsztat”, jak to powiedział, ale napisałem mu, że powinien raczej wyjść do ludzi po czym zakończyłem znajomość. Od tej pory bardzo uważnie sprawdzam z kim przyjdzie mi grać...

środa, 3 kwietnia 2013

Karnawał Blogowy #42 - wpis gościnny

Zgłosił się do mnie pewien gracz z prośbą o publikację jego wpisu na obecną edycję Karnawału Blogowego, co czynię z przyjemnością.

Moja traumatyczna sesja


Ta sesja to jeden z powodów dla których podchodzę z rezerwą do grania na konwentach. Z pewnych powodów, których nie chciałbym zdradzać, z tej sesji nie wypadało mi i nie chciałem dać nogi. Minęło od tej pory ładnych parę lat, dlatego wybaczcie, że pewne rzeczy już się zatarły, pozostały głównie blizny po co gorszych fragmentach.

Świat? Jaki świat?
Przygoda toczyła się w szkole z internatem. Graliśmy w indiasa o takim levelu abstrakcji, że nie było szans na wyciśnięcie od naszej MG praktycznie niczego o świecie czy czasach. Czwórka bohaterów była uczniami i mieliśmy współtworzyć świat „w locie”. Nie znaliśmy się, nie wiedzieliśmy ile swobody w tym tworzeniu nam przysługuje (jak się niebawem okaże, swoboda to ostatni przymiotnik, jaki mógłby pasować do tej sesji). W związku z tym „na czuja” się poruszaliśmy w warstwie opisu, wyszło z tego coś pomiędzy latami 20tymi a 60tymi, nikt nie miał zbytnio odwagi pytać czy są telefony, elektryczność itd. Sprawy nie ułatwiała totalnie losowo dobierana, kompletnie nieciekawa i nijak nie pasująca do żadnego klimatu muzyka.

Grajmy sobie parami
Wszystko rozpoczęło wezwanie na szkolny apel. Każde z nas jednakże w jakiś sposób zostało spowolnione, czy to przez nienaturalne ptaszysko wlatujące do pokoju, niby-demonicznego psa woźnego itd. Czytaj – cztery scenki, gdzie trójka graczy biernie przyglądała się jak jeden gracz i MG coś tam sobie grają. W końcu, spóźnieni docieramy na aulę, gdzie wszyscy zgromadzeni byli pokryci jakąś tajemniczą substancją, podobną do pajęczej sieci. Zero znaków życia, pfuj. Po pierwszym szoku zaczynamy eksplorację szkoły. Ah ważna sprawa - każdy z nas miał jakiś atrybut, który sprawiał, że ogólnie pozytywnej postaci wychodziły pewne złe cechy. Co najmniej w moim przypadku był to drogocenny przedmiot, nie pamiętam czy u innych nie było to coś bardziej metaforycznego. W każdym razie wymyślone z góry przez MG i bardzo nam drogie, kategorycznie nigdy się z nimi nie rozstawaliśmy.

Swobodna rozgrywka
No więc zaczynamy się bujać po szkole, biblioteka, ściany, wszystko oklejone tym gównem, bibliotekarka też, znikąd pomysłu co dalej. Po jakimś czasie MG stwierdza, że jedno z nas się potknęło i dotknęło ręką tego czegoś i poczuło jakby to pulsowało. Ale jak to pulsuje? No tak jakby szły takie impulsy w kierunku piwnic szkolnych. Cóż no, jako dobrzy gracze, uderzeni w twarz wielką czerwoną strzałką ruszamy w kierunku podziemi.

Cośmy narobili
Nie minęło czasu mało wiele, a w strasznych i całkiem oblepionych korytarzach odnaleźliśmy drogę do kotłowni, gdzie zasiadała zapomniana przez świat koleżanka z klasy. Dziewczątko kiedyś było ładne i lubiane, ale nasza czwórka była strasznymi palantami (i palantkami), dokuczaliśmy jej a nawet podpuściliśmy ją do wejścia do podziemi pod kotłownią, miejsca którego bały się wszystkie dzieci. Ona tam przepadła, każde z nas coś jej zabrało (pamiętacie – te narzucone przez MG atrybuty), a następnie zapomnieliśmy o niej my i cały świat.

Teraz demoniczna dziewczynka-pająk zniewoliła całą szkołę by dać nam nauczkę. Przepraszanie się na nic się nie zdało, złość też na nic. W bardzo aktorskiej scenie cisnąłem jej pod nogi moim atrybutem, krzyknąłem by zemściła się na nas a nie na całej szkole. Nic z tego. Nieugięty potwór zażądał byśmy sami zeszli przez straszliwą klapę w kotłowni do ciemności poniżej. Nic innego nie wchodziło w grę.

Cóżem ja narobił
No to schodzimy w ciemności, jakieś schody, jakieś pomieszczenia z karaluchami i inne pierdoły, ale wreszcie docieramy do obszaru kompletnej abstrakcji. schody spiralne prowadzące w dół po wewnętrznej stronie wielkiej cylindrycznej przestrzeni. Co jakiś czas obok pojawiają się drzwi do pojedynczego pomieszczenia. W pierwszym gracz 1 w bardzo artystycznej scenie z MG wyrzeka się swojego atrybutu. Reszta słucha z przejęciem. Ojej… Schodzimy dalej, drugie drzwi. Pokoik przygotowany pod graczkę 2. Odgrywają solówę, ona oddaje swój klamot, możemy iść dalej. No pięknie… Trzeci pokój, no i kurna pies woźnego, który mnie gonił, śpi a pod jego łapami jest taki jakby odlew mojego przedmiotu. Robię się blady, bo przecież kurna wyciskając resztki wczuwania się w tym sesyjnym potworku rzuciłem tym szajsem pod nogi pajęczycy. MG widzi moje zakłopotanie zbliżające się do paniki. „A bo ty… nie wiesz co… Ty tego nie rzuciłeś wtedy! To było dla ciebie zbyt drogie! Masz to”.

„OK. No to ja wkładam to delikatnie pod psią łapę.”
„Walcząc ze sobą, zaciskając zęby oddajesz swój skarb…”

Tu chyba na chwilę straciłem kontakt ze swoim fizycznym ciałem i niewiele do mnie docierało. Wiem, że chwilę później mogliśmy iść dalej. Był czwarty pokój, wiadomo co i jak. Zeszliśmy dalej w mroczne mroki ciemnej ciemności… WTEM. Wiosenny dzień. Szkoła w normie, bawimy się na podwórku, wszyscy zadowoleni, wszyscy uśmiechnięci. Nasza czwórka oraz nasza piąta przyjaciółka. Dziękuję wam za tą wspaniałą sesję.

Jeszcze jeden kopniak dla leżącego
Czułem się mentalnie zgwałcony przez tą sesję, ale kiedy padły podziękowania ze strony MG czekał mnie jeszcze ostatni wstrząs wtórny – erupcja entuzjazmu ze strony współgraczy, przekrzykujących się, że to było coś genialnego, sesja ich życia, i w ogóle life changer. Jako człowiek dość szczery, ale też uprzejmy pokiwałem głową zanim się ewakuowałem i poszedłem upić.


Vayde

wtorek, 2 kwietnia 2013

Biblioteczka DeDekowca - marzec 2013


Kolejny miesiąc i kolejne spostrzeżenia na temat kilku książek z kategorii "DeDekowe czytadła"

Richard Baker: Blades od the Moonsea: Swordmage, Corsair, Avenger
Do tej trylogii podchodziłem na początku ostrożnie. Co prawda ufam w talent Richarda Bakera, bo jako twórcę znam go z dodatków do D&D, ale doświadczenie nauczyło mnie nie oceniać RPGowego czytadła po osobie autora. Oczekiwałem czegoś podobnego do książek R.A. Salvatore z miałką fabułą i akcją kapiącą z każdej strony. Na szczęście jednak Bakerowi bliżej do Elaine Cunningham, choć pisze znacznie lepiej od niej. Akcja książek dzieje się w czwarto edycyjnych Krainach odmienionych przez Spellplague, zaś głównym bohaterem trylogii jest Geran Hulmaster – szermierz trenowany w bojowej magii przez elfy z odrodzonego królestwa Myth Drannor. Nie mogę za bardzo pisać o fabule bo spojlery zabijają te książki, ale powiem, że niczego tu nie brakuje. Mamy ciekawych bohaterów, spisek, intrygę, mały loch do spenetrowania co jakiś czas, więcej intryg, świetne pojedynki i porządne bitwy w ramach wisienki na torcie. Ostrzegam jednak, że fabuła każdej książki rozwija się bardzo powoli i autor z wyczuciem, stopniowo odsłania przed nami kolejne elementy układanki. Trylogia jest także ciekawie napisana pod kątem opisu Faerunu. Na kartach powieści mamy interesujący opis Krain wokół Morza Księżycowego, oraz słabo znanych terenów, jak ledwo wspomniana w opisie settingu do trzeciej edycji kraina o nazwie Thar. Co jest szczególnie fajne w Blades of the Moonsea, trylogia z tomu na tom staje się coraz bardziej mroczna i posępna, ale nie traci przy tym epickiego rozmachu. Każda książka to doskonały materiał do przerobienia na przygodę do D&D, w której walka nie będzie najważniejszym elementem. 

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Karnawał Blogowy #42 - najgorsza sesja w życiu

Za oknem piętrzą się góry śniegu a jest pierwszy kwietnia, natura urządziła nam ciekawy Prima Aprilis i Lany Poniedziałek. W tym miesiącu, po raz trzeci już, mam przyjemność prowadzić Karnawał Blogowy RPG o numerze 42. Notka podsumowująca poprzednią edycję, którą prowadził Michał Zemełka, pojawi się niedługo, ja zaś mam obowiązek ogłosić nowy temat Karnawału, oto i on:


Najgorsza sesja w życiu!



O czym pisać? Na pewno każdy brał udział kiedyś w sesji, której wolałby nie pamiętać. Może nawet zdarzyło się, że wyszliście z sesji nie mogąc wytrzymać atmosfery, fabuły czy innych doznań. Podzielcie się z nami wspomnieniami, lub jeśli mieliście wielkie szczęście i nic takiego się nie wydarzyło, spróbujcie określić co musiałoby się stać byście uznali sesję za najgorszą w życiu.

Wpisy z tej edycji:
1. Piastun na piastun.blogspot.com

2. Michał Przygodzki na allgemeinefestung.blogspot.com

3. Vayde gościnnie u mnie

4. Mój wpis

5. Behir na zapiskipotwora.blogspot.com

6. Enc na 3k10.wordpress.com

7. Pafnucy na pafhammer.net

8. Mash na smartfox.wordpress.com

9. Garfields na strefazero.blogspot.com

10. Zuhar na zuhar.wordpress.com

11. Seriously Mike na seriouslymike.wordpress.com

12. Narmo na narmo-czarneskrzydla.blogspot.com

13. Karp na karprpg.wordpress.com

14. Michał Zemełka na quodmeturbat.blogspot.com

15. Piotr Kraciuk na sciezkiwyobrazni.pl


16. Drachu na dziodblog.blogspot.com

17. Misiołak na ursusludens.blogspot.co.uk

18. Wojciech Skorupski na gildiafantasy.blogspot.se

środa, 27 marca 2013

KB RPG #41 - Przygotowania do sesji, część 2: scenariusze


Druga(i ostatnia) część wpisu do 41 edycji Karnawału Blogowego. Tym razem będą to moje rozmaite spostrzeżenia i uwagi na temat przygotowań do sesji od strony scenariusza.

Obrazki: Można powiedzieć, że nic mnie tak nie inspiruje do prowadzenia jak oglądanie grafik fantasy. Potrafię spędzić kilka godzin na deviantarcie czy innych stronach z galeriami, przeglądając obrazki. Często gdy jakaś ilustracja mi się spodoba zapisuję ją na dysku i używam jako pomoc na sesji. Czasami patrzę na jakąś grafikę i od razu mam pomysł na NPCa, wtedy od razu zmieniam nazwę pliku na jego nowe imię i klasę lub rolę jaką będzie posiadał. W ten sposób zrodziła się np. kapłanka Sehanine Moonbow o imieniu Ellisandra, którą moja faeruńska drużyna spotkała podczas obozowania w pobliżu Wielkiego Matecznika w Tethyrze. Podobizna właśnie tejże Ellisandry załączona jest po lewej. 

Gotowe przygody: Nie ukrywam, że gotowe przygody lubię bo oszczędzają mi sporo czasu na przygotowaniach. Mam jednak naturę druciarza i podczas czytania przygody mam w zwyczaju niemiłosiernie masakrować zawartość własnymi pomysłami. Najczęściej moja ingerencja ogranicza się do dodania kilku NPC tu i tam, oraz kilku zdarzeń losowych niepowiązanych z głównym wątkiem. Czasami jednak lubię zmienić trochę zawartość mechaniczną gotowca by nadać mu trochę grywalności. Zmieniając rozpiski wrogów trzymam się zawsze zamysłu autora, a same zmiany dotyczą najczęściej posiadanego ekwipunku lub przygotowanych czarów. Ostatnio np. prowadząc gotowca odkryłem, że większość wrogów uzbrojona jest w ciężkie zbroje i posiada długie miecze oraz tarcze. Dla niskopoziomowej drużyny spotkanie z czymś co trudno trafić i co bardzo boleśnie bije, zazwyczaj oznacza zejście kilku postaci. Dlatego zbroje podmieniłem na kolczugi, darowałem sobie tarcze zaś miecze magicznie się skróciły. Dzięki mojej ingerencji i opatrzności Tymory nikt nie poległ na pierwszym poziomie.

Własne przygody: O tworzeniu mistrzowskich przygód już kiedyś pisałem, niestety sam rzadko z tej metody korzystam. Pisanie przygody zaczynam od wymyślenia głównego wątku fabularnego. Wystarczy jedno zdanie typu „koboldy w okolicach miasteczka Powsinowo są bardziej agresywne niż zawsze”, wokół którego buduję scenariusz. Wymyślam sobie powód, dla którego te koboldy nagle zaczęły atakować wszystko wokół, dodaję wskazówki, spotkania bojowe, NPCów, skarby itd. Oczywiście najlepsza przygoda to taka, która ma zaskakujące zakończenie. W przykładzie z koboldami, gracze mogą wierzyć przez jakiś czas, że koboldy chcą udobruchać przebudzonego smoka i w tym celu znoszą mu pożywienie i skarby. Szokiem dla drużyny może być np. zakończenie, w którym okaże się, że to miejscowy czarodziej(któremu bohaterowie ufali) stworzył iluzję smoka i przy jej pomocy napędzał bojaźliwe koboldy do napadów na okoliczne ziemie, bogacąc się na zdobytych przez nie skarbach.

Tuż przed sesją.: Gdy mam prowadzić staram się znaleźć godzinkę czasu przed sesją by przeczytać sobie notatki i zajrzeć do przygody. Sam nie wiem czemu czasami właśnie w tej chwili wpadam na najlepsze pomysły, które dodaję na szybko do scenariusza. Czasami owe pomysły wywracają koncepcję przygody do góry nogami i skłaniają mnie do łatania na bieżąco. Jestem jednak przyzwyczajony do improwizacji i nie narzekam na takie zmiany. W tym czasie przed sesją krzątam się także sporo po domu szykując szklanki na napoje, miski na chipsy, odkurzam i ścieram kurze. To krzątanie się bardzo wycisza emocje i myśli dzięki czemu mogę na chwilę odlecieć w kierunku sesji, która będzie miała miejsce za godzinę. Gdy przychodzą gracze scenariusz mam już zazwyczaj wymuskany, miejsce i narzędzia do gry w gotowości i po zwyczajowej wymianie chamskich oraz prostackich dowcipów z resztą graczy, mogę wreszcie zacząć prowadzić.

wtorek, 12 marca 2013

Tits or GTFO


Uwaga: tekst zawiera kilka zwrotów, które mogą być uznane za wulgarne lub obraźliwe, jednak znalazły się tutaj wyłącznie w celach edukacyjnych. Będzie to kolejny tekst z popularnego ostatnimi czasy femiflejmu. Tym razem nieopatrzony tagiem „humor”(więc czekam na rage hejterów), ale uznałem, że warto wrzucić kilka słów wyjaśnienia. Posłużę się historią pewnego znanego tekstu, który choć raz musi pojawić się w dyskusji internetowej z kobietą, a często bywa używany niepoprawnie.

Na początku 4chan oraz jego trollerski dział /b/ tworzony był z myślą o anonimowej wymianie poglądów. Użytkownicy tworzący tę społeczność zwali siebie Anonimowymi. Przez bardzo długi czas nie było podziałów na kasty czy rodzaje anonimowych, wszyscy z założenia byli równi. Z czasem powstały pojęcia oldfag i newfag, które w opisowo-obraźliwy sposób określały starych i nowych członków społeczności Anonimowych. Mimo tego pierwszego podziału wszyscy użytkownicy byli nadal sobie równi, niezależnie od płci, wieku, orientacji czy koloru skóry. Z czasem jednak zaczęło pojawiać się coraz więcej użytkowników, a w zasadzie użytkowniczek, które nie mogły ścierpieć faktu, że Anonimowi są bezpłciowi a co za tym idzie równi sobie. Osobniczki te zwane attention whores często wrzucały do postów na forum zwroty jasno określające ich płeć, w stylu: „I’m a girl” albo „femanon here”(fem-kobieta, anon-anonimowy). Tym użytkowniczkom wydawało się, że podkreślenie swojej kobiecości sprawi, że będą traktowane lepiej. Niektórym nie wystarczało napisanie, że są kobietami, kto zna fora 4chana wie, że takie pisemne zapewnienie nic nie znaczy, zawsze może to być jakiś zboczeniec kryjący się w garażu rodziców i walący konia nad podręcznikami do D&D. Ponieważ pisemne zapewnienia nie działały, attention whores postanowiły wnieść swoje chwalenie się kobiecością na zupełnie nowy poziom – zaczęły publikować swoje zdjęcia. Dla społeczności Anonimowych takie zachowanie było nie do przyjęcia, godziło w główną zasadę forum czyli anonimowość właśnie. Ponieważ zwykły rage, kiedy jakiś femanon opublikował zdjęcie, był niewystarczający, bracia trolle wymyślili nowy sposób na stawienie czoła attention whores. Femanony dostały przyzwolenie na publikację zdjęć, ale za każdym razem gdy to robiły pojawiał się okrzyk „tits or GTFO”, czyli namawianie do tej jednej rzeczy, której żadna z tych attention whores nie byłaby w stanie zrobić. Po czymś takim rozwydrzone femamony najczęściej zamykały się i forum wracało do miłej atmosfery równości, tolerancji i poszanowania swoich praw. Oczywiście z czasem na 4chanowe pola wtargnęli barbarzyńcy, którzy nie znali starych praw(czyli w zasadzie byli to „fuckin newfags”) i zaczęli traktować zwrot „tits or GTFO” jako super śmieszny żart i chamską odzywkę do większości kobiet. Warto zwrócić uwagę na fakt, że pojęcie to pierwotnie było używane także przez kobiety, które należały do grona Anonimowych i zwyczajnie nie mogły znieść swoich durnych koleżanek pragnących zbudować sobie popularność na byciu kobietą.

Czemu pojawia się to wyjaśnienie na blogu o RPG? Ponieważ ostatnio często wybuchały w fundomie tak zwane femiflejmy, w których pewna grupa osób chciała podkreślić swoją płeć. Środowisko Anonimowych można łatwo przełożyć na środowisko RPGowców. Zanim pojawiły się głosy w stylu „rpg jest dla kobiet”, „rpg jest dla facetów”, istniało jedno wspólne miano dla pasjonatów tej rozrywki – gracze i graczki. Niezależnie od końcówki rodzajowej występującej w polskiej mowie, określenie to tyczyło się RPGowców każdej płci, wyznania czy koloru skóry. Historia lubi się powtarzać i po raz kolejny niechęć do bycia trybikiem wspaniałej machiny jaką jest nasze hobby, doprowadziła do podziału. Przez analogię do 4chana możemy w naszym środowisku znaleźć głos kobiet, które czują się graczami jak wszyscy i rzucają pogardę na sztucznie tworzone napięcie między równymi sobie, za to im chwała. Tak więc, wypada powiedzieć na koniec, tak po prostu, że RPG jest dla wszystkich ;-)

poniedziałek, 4 marca 2013

KB RPG #41 - Przygotowania do sesji, część 1: akcesoria


Zaczęła się kolejna edycja Karnawału Blogowego, tym razem z tematem, na który jestem w stanie coś napisać. Przygotowania do sesji to zagadnienie szczególnie mi bliskie, gdyż jakoś tak się składa, że 99% gier moich znajomych ma miejsce w moim domu. Konsekwencją tego jest, że nawet gdy nie prowadzę to przygotowuję sesję. Wpis postanowiłem podzielić na kilka części gdyż czas mam ostatnio limitowany i przygotowanie dłuższego tekstu zajęłoby mi ze dwa tygodnie. Dzisiaj będzie o przedmiotach materialnych, bez których nie zaczynam w ogóle sesji. Wszystkie znajdują się na zdjęciu(można powiększyć) poniżej a dalej są mniej lub bardziej szczegółowo omówione.
1.      Notatki – z reguły przygodę i notatki trzymam w laptopie, ale ostatnio zdarza mi się często prowadzić bez tego cudownego wynalazku. W takich sytuacjach z pomocą przychodzi mi InPost, który z zapałem godnym maniaka przysyła mi rachunki obciążone zeszytem z makulatury. Nie mam oporów przed korzystaniem z tych notatników na sesji, zwłaszcza, że mam w zwyczaju mazać sobie na boku i robienie tego w normalnym zeszycie byłoby zwyczajnie złe ;-)
2.      Podręczniki – do prowadzenia czegokolwiek wystarcza mi zazwyczaj sam bestiariusz(hłehłehłe) do danego systemu i czasami podstawka. Ta ostatnia jako, że zajmuje zazwyczaj sporo miejsca, leży sobie gdzieś na boku i czeka aż będzie potrzebna. Nie widać tego na zdjęciach, ale często mam w podręcznikach zakładki na najważniejszych zasadach. 
3.      Przybory kreślarskie – mazak zmazywalny, ołówki i długopisy. W takiej ilości by gracze, którzy przychodzą na sesje tylko z kartą postaci(przeciążenia to zła rzecz) też mieli czym pisać.
4.      Figurki bohaterów – na zdjęciu tylko trzy, ale niemal zawsze mam pod ręką pudło z zapasowymi.
5.      Kostki – również w takiej ilości, by hardcorowi gracze mający za sobą 10 lat grania nie musieli się martwić o przyniesienie własnych, w końcu nikt nie lubi się przeciążać.
6.      Dungeon Tiles – czyli klocki służące do układania lochów, pól bitwy, uliczek, kanałów itd. Używanie ich to takie dyskretne mrugnięcie okiem do czasów dzieciństwa, gdy z wytkniętym językiem jeździłem resorakami po dywaniku z ulicami i domami.
7.      Grid – mata z siatką calową, gdy zdarzy się walka w warunkach trudnych do oddania przy pomocy dungeon tilesów. Poza rysowaniem na niej tła można także szybko zapisać inicjatywę, odliczać malejące HP i robić zaawansowane plany taktyczne.
8.      Plaskacze – kiedyś używałem kolorowych pionków, potem żetonów domowej roboty, potem kupnych żetonów… a teraz używam głównie plaskaczy zwanych także kartonowymi figurkami(bądź z angielska „standami”). Robię je sam, lub używam tych przygotowanych przez Paizo. Nie ma sensu się rozpisywać bo blog jest naszpikowany ich zdjęciami i gotowymi do użytku, wystarczy poszukać pod tagiem plaskacze.