Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raporty wfrp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raporty wfrp. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 marca 2010

Warhammer Fantasy Roleplay #4

Niedzielny, krótki zjazd na uczelni przyczynił się do wiekopomnego wydarzenia – grupa, z którą ostatni raz grałem w WFRP dokładnie rok temu po raz kolejny zawitała do mego miasta w pełnym składzie. 2 szybkie telefony i w 40 minut dotarliśmy do mojej lokacji by z pizzą, piwem i paczką Grześków wznowić przygody tej Bandy Drombo ;-)

Drużyna znana z poprzednich przygód opisanych tutaj.

Dieter von Schlagdorf – człowiek banita
Konn Hautzbaun – człowiek szuler
Ursula Litzman – człowiek najemnik

Zmęczona drużyna dociera do wioski Waldenwald gdzieś na obrzeżach Reikwaldu, są zziębnięci, głodni i spragnieni. Natychmiast kierują swe kroki do karczmy o malowniczej nazwie Pod Leśnym Dzbanem. Zamawiają piwo i czekają na quest.. ee znaczy się, czekają aż coś zacznie się dziać. Konn przygląda się gościom karczmy i jego szulerskie oko wypatruje grupkę 4 krasnoludów grających w karty. Dosiada się do nich i wkrótce zaczyna ich równo ogrywać. Ursula i Dieter zaczepiają karczmarza zapytaniem czy nie ma gdzieś tutaj żadnego zajęcia dla chcących trochę zarobić awanturników. Ten kieruje ich do sołtysa i konspiracyjnym tonem dodaje, że dla elastycznych ludzi zajęcie zawsze się znajdzie.

Zanim jednak zdążyli wyjść by poszukać sołtysa, Konn znalazł się w tarapatach gdyż krasnale nie uwierzyły mu na słowo, że ma dzisiaj dobrą rękę do kart. Wywiązuje się bójka w której Konn prawie odchodzi w objęcia Morra(punk przeznaczenia), Ursula jest poturbowana i którą to bójkę kończy dopiero ostrzegawczy(w knypów strzelaj a nie w sufit kurwa! – z sesji) strzał z pistoletu oddany przez Dietera.

Po tej małej potyczce bohaterska drużyna odchodzi pogadać z sołtysem. Ten nazywa się Ian i w rozmowie wyjawia im, że za jakiś czas w Waldenwaldzie odbędzie się spora impreza – jego syn Gilbert żeni się z dziewczyną z sąsiedniej wsi. Niestety jego wybranka cieszy się także względami okolicznego rabusia i możliwe jest iż ten będzie próbował porwać ją w dniu ceremonii. Sołtys złożył drużynie ofertę pracy – zostaną hojnie nagrodzeni jeśli ślub przebiegnie bez zakłóceń. Drużyna przyjęła zadanie bo według nich miało być w miarę proste.

Następny dzień spędzili na zbieraniu informacji na temat obszaru ich działań oraz teoretycznych wrogów. Ursula w rozmowie z wieśniakami dowiedziała się, że ów groźny banita, który miałby porwać dziewczynę nazywa się Drossel von Kappe i jest synem poprzedniego sołtysa. Uciekł do lasu po tym jak obecny sołtys złapał go na zabójstwie jego ojca. Drosselowi towarzyszą w wygnaniu inni renegaci: wielki osiłek i seryjny morderca Johann Klein, upadły kapłan Sigmara o nazwisku Tuckenhoff i pospolity rabuś William Scharlachrot.

W południe po raz kolejny doszło do potyczki między drużyną a krasnoludami, którzy jak się okazało również zostali zwerbowani przez sołtysa. Walka, tym razem stoczona jeszcze przed wejściem do karczmy kończy się tym razem zwycięstwem bohaterów – a w zasadzie Ursuli, która wychodzi zwycięsko z pojedynku z krasnoludzkim topornikiem. Dieter i Konn rozmawiają z przywódcą krasnoludów Oinem Siwobrodym i wieczorem przy flaszce wódki dochodzą do porozumienia i zawierają chwilowy rozejm. Ursula bierze kąpiel…

Na drugi dzień na dwóch wozach wraz z krasnalami udają się do Kleindorfu po wybrankę syna sołtysa. Ta nazywa się Maria i najwyraźniej nie jest ucieszona z nadchodzącego ślubu ale jej rodzina ma inne zdanie na ten temat. W drodze powrotnej zostali napadnięci na trakcie przez bandę Drossela. Zamiast od razu strzelać i wyciągać miecze pogadali sobie z banitą i dowiedzieli się, że Drossel jest niewinny śmierci swojego ojca – zabił go Gilbert, syn sołtysa Iana. Jego banda również składa się z ludzi niewinnych, którzy w jakiś sposób podpadli sołtysowi.
Teraz Drossel chce się zemścić, jak się okazuje ma również romans z Marią i oboje proszą bohaterów i krasnoludów o pomoc w pozbyciu się Iana. Dogadują się, że pójdą razem do niego i siłą wytłumaczą mu jak złym człowiekiem jest.

Sporym orszakiem wkraczają do wioski gdzie na dzień dobry dostają dwa strzały rusznic od spanikowanego sołtysa i jego syna, którzy widząc co się święci ukryli się w domu. Jeden ze strzałów dosięga Konna i ten zmuszony jest ratować się ostatnim punktem przeznaczenia. Drużyna postanawia pozbyć się zła sprawdzonymi w RPG metodami – puszczają jego chatę z dymem. Gilbert płonąc wykrzykuje jeszcze, że to on zabił ojca Drossela – tym samym oczyszcza go w oczach mieszkańców wioski.

Jak to bywa w bajkach Maria i Drossel pobrali się a herosi bawili się na ich ślubie ;-)

Uwagi końcowe:
1. sesja to była świetna zabawa i kupa śmiechu kiedy gracze domyślili się co było moją inspiracją ;-)
2. graliśmy ponad 6 godzin z przerwami na słuchanie muzyki i oglądanie kawałków filmów z serii X-Men
3. kości były w użyciu tylko podczas walki i na początku gdy Konn ogrywał krasnoludy w karty.
4. jako, że gracze pochodzą z innych miast kolejna sesja nie nastąpi zbyt szybko, choć mam nadzieje że wcześniej niż za rok ;-)

środa, 11 marca 2009

Warhammer Fantasy Roleplay #3

Dzisiaj potężna drużyna wykorzystując czas po obiedzie a przed wieczorem zebrała się w swej tajnej bazie by kontynuować przygody w Starym Świecie.

Wszystkie sesje WFRP prowadzę z doskoku, dzisiaj byłem akurat u kumpla w akademiku i wpadli pozostali gracze, miała być impreza a wyszła sesja…

Drużyna w niezmienionym składzie.
Dieter von Schlagdorf – człowiek banita
Konn Hautzbaun – człowiek szuler
Ursula Litzman – człowiek najemnik

Wędrując przez Reikwald(tak, to duuuuuży las) drużyna napotyka samotną dziewczynę idącą traktem. Dziewuszka jest przestraszona i najwyraźniej znajduje się w szoku. Ursula jako kobieta opiekuje się nią dzięki czemu banda poznaje jej historię. Okazuje się, że Lavika(bo tak ma na imię) została uprowadzona przez bandę mutantów podczas ataku na jej wioskę. Była prowadzona przez las i otoczona stworami z koszmarów. Pewnego razu podczas chwilowego odpoczynku na obozowisko mutantów naadła banda rycerzy, którzy wyrąbali wszystko co się ruszało. Zabiliby także ją z rozmachu ale uciekła do lasu i się zgubiła, udało jej się jedynie dotrzeć do traktu. Męska część drużyny zaproponowała jej odprowadzenie do najbliższej wioski czy tez innej ludzkiej siedziby a tam z pewnością powiedzą jej jak dotrzeć z powrotem do domu.

Wieczorem podczas rozbijania obozu drużyna zostaje zaatakowana przez tajemniczego rycerza, który bez ostrzeżenia rzuca się do ataku. Jego życie nie trwa zbyt długo gdyż Dieter zdejmuje go jednym strzałem z pistoletu(rzuca absurdalne ilości szóstek na obrażenia przy krytyku, łącznie 34 albo 36 obrażeń…..).

Po oględzinach zwłok okazuje się, że był to bez wątpienia sigmaryta, gracze dochodzą do wniosku, że pewnie wziął ich za bandytów albo mutantów.

W nocy dochodzi do miłosnego zbliżenia między Laviką a Dieterem, ona niewinna dziewuszka, a on facet w typie Robin Hooda – miłość od pierwszego wejrzenia.

Następnego dnia podczas wędrówki drużyna spotyka oddział rycerzy, którzy tym razem wyjaśniają im, że dziewczyna jest mutantką i mają ją natychmiast wydać w ich ręce. Jako dowód jej mutacji podają fakt iż była widziana w grupie mutantów rozbitej kilka dni przez ten oddział.

Jak nietrudno się domyślić drużyna staje w obronie dziewczyny i zaczyna się ich pierwsza prawdziwa bitwa z której nie uciekają.

Gdy rycerze padają martwi okazuje się, że Lavika również została ciężko ranna. Gdy umiera bohaterowie dostrzegają iż dziewczyna ma za uszami coś co wygląda jak skrzela.

Rycerze jednak mieli rację.

To była przygoda ze smutnym zakończeniem i wywołała dysputę nad sensem istnienia mutantów jako takich. Czy chaos faktycznie zawsze musi być czymś złym?

Uwagi:
1. pierwsza przygoda w której nie było robienia sobie jaj ze wszystkiego
2. jeszcze godzinę po sesji znajomi kłócili się, czy Lavika miała prawo przeżyć i żyć czy tez system skazał ją na śmierć
3. było fajnie ;-), ale w sobotę prowadzę innej drużynie D&D
4. sesja trwała 0d 17 do 20, najwięcej czasu zajęła walka z rycerzami

poniedziałek, 9 marca 2009

Warhammer Fantasy Roleplay #2

Ale się narobiło – prowadzę WFRP częściej niż D&D.
Po raz kolejny uległem namowom znajomych ze studiów by zagrać, mieliśmy kilka godzin wolnego więc wykorzystaliśmy je na sesję.

Graliśmy trochę ponad 3 godziny, a sama przygoda była wymyślona na prędce, stąd jej prostota ;-)

Drużyna taka sama jak ostatnio, w składzie:
Dieter von Schlagdorf – człowiek banita
Konn Hautzbaun – człowiek szuler
Ursula Litzman – człowiek najemnik

Po „heroicznej” przygodnie w Dorfendorfie nasza banda kieruje się przed siebie w bliżej nie określonym kierunku. Od wędrownego druciarza dowiadują się, że w pobliżu miejsca gdzie się znajdują są jakieś ruiny – być może kryjące skarby. Gdy gracze usłyszeli słowo „skarb” w ich oczach pojawiły się znaczki dolara „$” i postanowili zbadać to bądź co bądź niebezpieczne miejsce. Odprowadzeni smutnym wzrokiem druciarza, który nieopatrznie wysłał tą bandę na pewną śmierć kierują się w kierunku ruin.

Muszę pochwalić graczy za to, że mimo usłyszenia kilka razy słowa „niebezpieczeństwo” postanowili wyruszyć do docelowego miejsca przygody.

Wkrótce drużyna odwiedza zapomniane dworzyszcze, dzielnie przekraczają bramę i ostrożnie pomieszczenie po pomieszczeniu przeszukują zrujnowany pałacyk. Znajdują faktycznie trochę pieniędzy i kosztowności co wprawia ich w tak dobry humor, że postanawiają rozbić tam obóz na noc.

Nietrudno domyślić się, że właśnie w nocy następuje główny punkt programu. Okazuje się, że zameczek nie jest tak opuszczony jak mogłoby się wydawać. Nieumarli dawni mieszkańcy po powstaniu z grobów atakują złodziei. Drużyna broni się dzielnie przed szkieletami ale ze względu na przewagę liczebną tych drugich idzie im to marnie. Konn pada pierwszy i ratuje go punkt przeznaczenia, Ursula zebrała kilka krytyków, w tym jeden w głowę. Zmuszeni uciekać jak najdalej od tego miejsca wpadają po ciemku na żerującą w pobliżu grupkę mutantów. Wykorzystują to do pozbycia się nieumarłej pogoni – nasyłają jednych na drugich i wyślizgują się cudem z krzyżowych ataków. Po raz kolejny czmychają przed niebezpieczeństwem, tym razem jednak unosząc ze sobą trochę kasy i klejnotów.

Druga sesja z rzędu kończy się ucieczką bohaterów. Nie lubię młotka ;-)

środa, 25 lutego 2009

Warhammer Fantasy Roleplay #1

Na specjalne życzenie znajomego ze szkoły poprowadziłem WFRP 1ed. Drużyna nie bardzo wiedziała na czym polega RPG ale wszyscy znali Stary Świat z książek Black Library. Dość szybko okazało się, że wszyscy już gdzieś kiedyś słyszeli o „takich” grach. Bardzo ułatwiło mi to prowadzenie i przyspieszyło proces tworzenia postaci. Bohaterowie stworzeni na szybko prezentowali się następująco:

Dieter von Schlagdorf – człowiek banita
Konn Hautzbaun – człowiek szuler
Ursula Litzman – człowiek najemnik

Drużyna poznaje się na trakcie wiodącym przez Reikwald. Wszyscy wędrują przed siebie, bez konkretnego celu. Postanawiają dla bezpieczeństwa wędrować razem. Wkrótce docierają do wioski o nazwie Dorfendorf ;-). Za swoje marne pieniądze wynajmują pokój w karczmie. Ponieważ bieda zagląda im do sakiewek postanawiają poszukać jakiejś pracy tymczasowej.

Po zasięgnięciu języka okazuje się, że wioska ma pewien znaczący problem. Głównym źródłem utrzymania wieśniaków jest wyrąb lasu, niestety od dłuższego czasu jest to niemożliwe gdyż drwale znikają w lesie. Nikt ich potem więcej nie widzi. Ludzie boją się pracować.

Gracze wpadają na pomysł by sprzedać swoje usługi miejscowym. W tym celu Dieter i Ursula odgrywają twardych najemników zaś Konn ich kapitana. Ustalają między sobą, że wyciągną ile się da od miejscowych a następnie przy pierwszej oznace niebezpieczeństwa zwieją.

Ursula wywołuje bójkę z jakimś wieśniakiem by pokazać swoją rzekomą twardość i wprawę w wojennym rzemiośle. Wychodzi jej to bardzo dobrze.

Sołtys opiera się jak może przed zapłaceniem ich z góry ale działa na niego argument, że być może zginą podczas służby. Każdy z BG dostaje 2 ZK(pewnie za dużo ale nie pamiętałem cen w SŚ).

Następnego dnia rano wraz z garstką drwali wyruszają do lasu. Praca idzie szybko i bezpiecznie. Nagle okazuje się, że jeden z drwali zniknął. Po chwili słychać krzyk kawałek dalej w lesie a tuz po nim głośne łupnięcie. Gdy BG i drwale dobiegają do źródła krzyku znajdują zwłoki drwala wprasowane w ziemie i rozbryzgane po okolicy. Zarządziłem rzut na opanowanie, wszyscy go oblali za co nagrodziłem ich 1 Punktem Obłędu(a co, niech mają!). W miejscu mordu nie ma żadnych śladów wskazujących, że ktoś tam był.

Chwilę później są świadkami gdy wielki kamień wylatuje z lasu i burzy jeden z domów w wiosce. R tym momencie BG doszli do wniosku, że najwyższa pora zniknąć z wioski i dalej odgrywając bohaterów deklarują, że idą do lasu „wybadać co się dzieje”. W rzeczywistości gnają przed siebie byleby jak najszybciej opuścić ten teren.

Nagle wpadają w pułapkę, z której wyciągają ich jej twórcy – grupa leśnych elfów. Okazuje się, że to właśnie elfy są odpowiedzialne za „zaginięcia” drwali, którzy niszczą „ich” las i są coraz bliżej świętego gaju elfów. Jako, że BG drwalami nie są mają możliwość odejścia co skrzętnie wykorzystują. Są jeszcze świadkami zbrojnego marszu elfów na wioskę, by tam „ostatecznie rozwiązać problem”.

W tym miejscu zakończyliśmy grę, sesja trwała 5 godzin łącznie z przygotowywaniem postaci.

Uwagi:
1. Myślałem, że gracze opowiedzą się po jednej ze stron, zrobią coś by pertraktować z elfami lub chociaż zainteresują się tym specyficznym konfliktem interesów. Od razu widać, że WFRP to nie jest gra dla bohaterów, niestety.
2. Gdy jeden z graczy dowiedział się, że jego profesja to szuler wziął sobie żydowskie imię i nazwisko i przez cały czas odgrywał staroświatowego żyda. Jego okrzyki typu „aj waj!, aj waj!” świetnie tworzyły klimat jego postaci.
3. Grało się wszystkim bardzo fajnie ale doszliśmy do wniosku, że kolejna zabawę przeniesiemy do D&D, wszyscy gracze grali lub grają w gry komputerowe z tego świata i podoba im się bardziej niż SŚ.
4. Po sesji pytali się kto rzucił tym kamieniem w wioskę i zabił drwala. Odpowiedź poznaliby gdyby rozgrywka potoczyła się innym torem. Był to drzewiec Sękaty Korzeń – opiekun świętego gaju.